czwartek, 1 listopada 2012

Wyrwane z przeszłości: Jeszcze o Halloween

Cały plan balangowy, mówiąc najprościej, poszedł się jebać. Czas jest złotem. Toteż bez chwili namysłu, postanowiłyśmy od razu pod komendą podzielić się moją mineralką, którą zabrałam z domu w ostatniej chwili. Jedna na cztery to niewiele, ale lepszy rydz niż nic.
Sklepy jeszcze otwarte, to żeśmy się zaopatrzyły w więcej towaru i udały do mnie, tak jak to było pierwotnie zaplanowane.
Może to pod wpływem wydarzeń na komendzie albo uroku mundurowego Pietrka, Zocha wpadła na pomysł wywoływania duchów przeszłości, czyli historii o naszych byłych i niedoszłych byłych. Na pierwszy ogień poszła chuliganka Lucy. Musiała jakoś odpracować dwie godziny straconego sabatu.
Niby z niej taka cicha woda, niby taka myszka mini, a tu się okazuje, że potrafi zaszaleć.
Historyja zdarzyła się dwa lata temu, kiedy jeszcze ja i Lucy byłyśmy po dwóch przeciwległych stronach barykady pedagogicznej. Ja ta z hedonistów (czyli mniejszość w liczbie jeden), ona z cierpieńtników, co to wszędzie mają zakazy i obowiązki, tylko praca, zero życia, zero przyjemności, zero spontanu. Wieczny ogórek w dupie.
I przyszedł do naszej szkółki praktykancik języka polskiego. Ładny, dobrze odziany, ą ę te sprawy, ale jak na mój węch już miał początki ogóra w dupie i był takiś jakiś niedopchnięty. Tego nie, tego na pewno, to złe, to niedobre itd. W każdym razie, typ nie dla mnie, bo za młody.
Poszedł na przyuczenie do Lucy, ona wtedy jeszcze w związku była. Już wygasało, ostatnie stadium, tylko czekać na zgon. No to oboje uzgodnili z Mareczkiem - bo tak mu matka na imię dała - że koniec i out z chaty.
Ani Lucy ani Mareczkowi nie zależało, żeby to ciągnąć, ale dół, niesmak i uczucie pustki pozostają. I wtedy, moje siostry, tak tak, do akcji wkracza praktykancik. Dość nieświadomie i niezdarnie. Jak cipa. Lucy miała potrzebę flirtu z płcią przeciwną. No to uderza to niego „bardzo ładny zapach". On na to  – dziękuję, dostałem od mojej narzeczonej (JEB!). Mnie też się podoba, trafiła w setkę (JEB!JEB!), w przyszłym roku bierzemy ślub (JEB!JEB!JEB!). Bardzo ją kocham (JEB!JEB!JEB!JEB!)…A Lucy te wszystkie "jeby" wbijają się w czaszkę i rozwalają ją od wewnątrz.
Cisza. Fiutek myśli. Myśli. Myśli. Za chwilę dodaje – Podobają mi się Pani szpilki (akuku fetyszysta się znalazł). To na pewno prezent od męża. Chciał się uratować, ale zatonął na samo dno dna. Od kiedy to faceci są na tyle dobrze wyposażeni umysłowo, ażeby sami potrafili kupować buty dla swoich kobiet? Ja o takim materiale nie słyszałam, a Wy? Przyślijcie go do mnie.
Wracając do tematu. Praktykancik sprawę przemyślał dogłębnie i na następny dzień poprawił się, przynosząc Lucy ciasto czekoladowe. Tak do kawy, wiadomo. Lusię w niebo wzięło, bo za kostkę czekolady dałaby się ogolić na łyso, a co dopiero za ciacho. I tak od słowa do słowa przy kawce nasza chuliganka zrobiła interview z młodym. Zwierzył się, że jest bardzo zagubiony i mu się z tą narzeczoną tak naprawdę średnio współpracuje. Że nie wie, co wie i wie, że nic nie wie i szuka jakiegoś wsparcia duchowego. Lucy już chciała go odesłać do księdza, ale wyobraziła sobie siebie w roli mentorki i życie do niej powróciło.
Wzięła się ostro za chłopaka i zapomniała o bożym świecie. Na czwarty dzień był już u niej w apartamencie i razem się wspierali. Całą noc, we wszystkich możliwych konfiguracjach i pod wpływem wszystkiego, co na chacie, of course. Nad ranem, gdy zobaczyła śpiącego obok siebie praktykancika w stroju Adama, otrzeźwiała w dwie sekundy. To było najszybsze trzeźwienie w historii trzeźwień.
Mało tego! W pięć następnych sekund wypierdoliła młodego za drzwi. Ledwo założył biedaczyna okrycie.
Mało tego! Zadzwoniła do pracy, oznajmiła, że się nie pojawi, bo nagłe zdarzenie losowe i żeby praktykant sobie sam radził, sprawdzi się. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie fakt, że praktykant zadzwonił kilka minut po niej i poinformował, że nie może przyjść, bo nagłe zdarzenie losowe i nic nie poradzi. To był piątek.
W szkole zrobił się lekki dym, bo ktoś coś widział, ktoś coś tam wie i o mały włos prawda wyszłaby na jaw, co w następstwie prowadziłoby do wybuchu wojny światów. Wojna jednak nie wybuchła.
Niedzielny wieczór. Dzwonek do drzwi Lucy. Otwiera, a tam praktykancik i chce rozmowy. Lucy zmądrzała i wie, że rozmowa to taka nowa gra wstępna. No way. Gadaj czego i nara. I teraz uważajcie: Młody rzucił narzeczoną. Rzuca także studia i wyjeżdża do żabojadów, bo szkoda mu życia. Dziękuje Lucy, że mu dała (rady) i że będzie o niej pamiętał.
Dym w szkole zniknął tak szybko jak się pojawił. Wilk był syty, a owca pojechała meczeć wśród żab.

Brak komentarzy: