czwartek, 1 listopada 2012

Wyrwane z przeszłości: Halloween

Piszę, więc żyję.
Mówię Wam jaki hardcore. Miasta nie spaliłyśmy, ale za to miałyśmy przygody z Lucy. Ale od początku.
Umówiłyśmy się na punkt siódma u mnie. Założyłam ciuchy, zrobiłam tapir na pół metra, Tina Turner jak malowana, zwarta i gotowa. Jeszcze siódmej nie ma, ale czekam, bo im wcześniej zaczniemy sabat, tym lepiej. Było jakoś za 10, może za 15 siódma.
I nagle telefon. Lucy dzwoni. Odbieram, pewnie czegoś zapomniała jak to Lucynka.
- MARIOLA! MARIOLA! JESTEŚ TAM? POMOCY! SŁYSZYSZ MNIE? POMOCY! TO JA, LUCYNA! POMOCY! PRZYJEDŹ SZYBKO NA KOMENDĘ, ALE SZYBKO!!! Tak darła gabę, że ogłuchłam. No to nie zważając na wszystko, tak jak stałam, zabrałam to, co najpotrzebniejsze w tej chwili, czyli: telefon, portfel, butelkę mineralki, wygodne buty i wyparzyłam z chaty.
Po drodze zadzwoniłam do Mary i Zochy, ale chyba Lucy też się z nimi kontaktowała, bo obie coś krzyczały do mnie, że głuche. Nieważne.
Przybyłam, wchodzę do środka, a tam – Zocha jako króliczek Playboya i tak jak się spodziewałam Mary jako megapenis. No i ja, Tina w trampkach. Chłopaki w niebieskim nie wiedzieli, gdzie oczy podziać. Szczególnym zainteresowaniem cieszyła się Zocha, toteż urabiała wszystkich niebieskich wkoło. Natomiast ja z Mary szukałam naszej chuliganki.
Trochę się tam pokręciłyśmy i co się okazało. Lucy wpierdoliła bezdomnemu. Albo on jej. Tak jakoś. A jedno jest pewne – jak zadrzesz z Lucy, to ona od razu leje na oślep i nie ważne, czy fagasso jest karłem czy ma dwa metry. Nie ma zmiłuj.
Bezdomny spotkał Lucy przed jej kamienicą i coś tam poniekąd się do niej dobierał. Lucy wystartowała do niego z pięściami, a kilka metrów dalej krążył patrol. No i ją zgarnęli, co moim zdaniem jest totalną pomyłką, ale wiadomo – statystyki rzecz nadrzędna.
Spędziłyśmy tam bite dwie godziny. Bezdomnego obejrzeli wzdłuż i wszerz i nic. Zero uszczerbku na zdrowiu fizycznym. Trochę gorzej z psychicznym, bo Lucynka ma przebicie, ale bezdomny nic do niej w gruncie rzeczy nie ma, a i ona po tych dwóch godzinach spasowała.
W międzyczasie Zocha zapoznała się z mundurowym Pietrkiem, który jak się okazało mieszka dwie ulice dalej ode mnie, jest wolny od kilku miesięcy, nie mieszka z rodzicami, a w wolnych chwilach jebie w worek, znaczy boksuje.
Nie uśmiecha mi się ta znajomość, zwłaszcza, że lubimy gibony, ale niech się Zocha bawi, póki jeszcze ma czym, a i chętni są.

Brak komentarzy: