piątek, 2 listopada 2012

O tym jak nie zostałam żoną... 2 listopad 2012

Chuliganka wskazała na mnie, jako następną do zwierzania. Według niej to również moja wina, że 2h dżamprezy poszły się pierdolić w siną dal.  Podobno zagroziłam usunięciem tequili z jadłospisu jeśli nie stawią się punkt siódma. Widzicie ją?! Tak się spieszyła, że się głupia cipa na bezdomnego rzuciła. Trzeba było jeszcze ten policyjny patrol przy okazji załatwić, to by się wyrobiła. Dżisas, Lucy...Ok, do rzeczy.

Nie zwierzyłam Wam się, moje siostry, ale w przeszłości zwiałam sprzed ołtarza. I to seryjnie, a nie w jakimś szkolnym przedstawieniu. Duch niedoszłego męża nawiedza mnie do dziś dnia. W zasadzie to nie duch, bo on jeszcze żyje. Niestety. I jego matka też żyje. Też niestety. A w skrócie było to tak.

Z piździelcem – nazwijmy go po imieniu, ale piszmy z małej litery na znak pogardy, znałam się kilka dobrych wiosen. Jak tak tera liczę to rok z ogólniaka, potem 4 lata jako znajoma z dawnych lat i 4 lata jako narzeczona. Czyli circa 9, może 10 lat.
Początki zaczęły się w szkole. Niewinnie, dziewiczo, wiadomo. Chociaż ja to byłam taka Debbie Harry i miałam wszystko w dupie (nie zmieniło mi się za bardzo). Liczył się rock n roll i bans, a nie zasady. Jak chciałam flirtować, to flirtowałam. Jak chciałam tańczyć na stole, to tańczyłam. I od tego tańca się zaczęło.
Pewnego razu na jednej z imprez pt. zbieramy pieniążki na biedną szkołę, coś mnie podkurwiło. Nie pamiętam, co dokładnie, ale na znak protestu zaczęłam tańczyć na ławce, krzyczeć i bluzgać. Rebelia. I kiedy ja wyrażałam swój bunt, napatoczył się ten piździelec. Ja pierdolę, co to było za mimozum. Okulary, ulizane przez mamusię włosy, kardigan, spodnie w kancik. Ten typ. Imaginujecie sobie? Taki inteligent, ale to mamusia zawsze pociąga za sznurki. Wiersze pisał i nawet pochwalę się, że mnie poświęcił jeden poemat, który gdzieś mam w biurku. Jeśli znajdę to opublikuję. Chociaż kto wie, może te wiersze to jego matka pisała za niego...

Gdy wtedy, będąc na ławce, zobaczyłam go obok siebie, to mi się w głowie jakoś dziwnie zakręciło. Tak jakby bezpieczniki poszły. I spadłabym z tej ławki prosto na ryj, gdyby nie on… bo mnie złapał. Tłum ludzi wkoło, ale wpadłam kurwa jego mać akurat w jego ręce.
Może nie wyglądałam i nie wyglądam na taką, lecz zachować się potrafię, toteż podziękowałam i poszłam się dotlenić papierosem. A on za mną, czy pomóc, może wody, może zawołać higienistkę itd. Nawet mi się to podobało, że się tak przylepił, ale ja już wtedy nie miałam tego genu, co to facet powie „jak ładnie dziś wyglądasz itd.”, a kobita lata jak głupia cipa. Mnie trzeba omamić profesjonalnie i w wyszukany sposób. Wtedy go spławiłam, czyli w ruch poszło kulturalne spierdalaj, maybe tomorrow, yes itd...

Jednak on nie odpuścił. Chodził za mną kilka tygodni. Przysiadał się i pląsał pod nogami, proponował jakieś wieczorki poetyckie, te sprawy. W końcu, z Grażą, co to teraz siedzi w Niderlandach, postanowiłyśmy go przetestować. Jak przejdzie, to dam szansę, jak nie, to niech wypierdala na Marsa albo do krainy poetów. Przy okazji sprawdzimy jego kreatywność i zaradność. Zadanie było proste. Że akurat wtedy miałam Zemstę Fredy w ręku, wymyśliłam dla jaj - Jeśli nie chcesz mojej zguby, Krokodyla daj mi, luby i deadline do szóstej wieczorem, potem nara safara, szukaj innej cipy. Na początku go zgięło, ale ok, ok, zgoda.
Zgadnijcie, co mi przyniósł... Pomyślcie... Za Chiny nie zgadniecie. Za Mongolię, Tybet i Kazachstan też. Piździelec przyniósł mi szczerozłotego krokodylka. Takiego na circa 8 cm. Prawdopodobnie zajebał mamusi. Albo babce. Skurwysyn. Myślałam, że mnie tam potrzaska. Graża pękała ze śmiechu. Potem zostaliśmy sami. Sami w krzakach. Nie dość, że zimno było, to jeszcze piździło niesamowicie. Jednak rozczaruję, żadnego rozgrzewającego stukanka nie było. Jedynie buzi buzi za tego krokodylka i koniec serwisu na dzisiaj. Na drugi dzień w budzie podszedł do mnie złamas i poprosił, żebym ja była jego drugą połówką na studniówce. Żeby nie było, że jestem niesłowna, to się zgodziłam.

Była studniówka, potem kilka imprez, kilka spotkanek i ... wszędzie jego matka. Ubierała go, psikała, prezenty dla mnie wybierała. Zero wolnej woli. Wszystkich ustawiała. Męża, jego siostry, psa, kota i mrówki. Szczęśliwie dotarłam do końca roku szkolnego i goodbye appetite. Udałam się na studia i było po kłopocie. Żalu nie było. Nie widziałam go na radarze jakieś cztery lata. Aż do czasu...

Pojechałam w odwiedziny do rodzinnego domu. Wyszłam na miasto. Chodzę po tych naszych kolorowych, swojskich drogeriach i bazarkach, a tu z tyłu ktoś mi mówi „Dzień Dobry Pani!”. Od razu dostałam gęsiej skórki. Ten głos. Taki męski. Taki bas, że och. Odwracam się, paczę, morda jakaś taka znajoma, ale ja nie mam pamięci do twarzy. Do tej pory tak mam - każdą lekcję zaczynamy od przedstawienia się.
No i tak się w niego patrzę. Brunet, zarost, okulary. Świetnie ubrany. Dobrze zbudowany, a nie jakieś piwne brzuchy. Wszystkie zęby, all inclusive. Tylko brać.
Gapię się tak na niego, po czym słyszę – „Debbie Harry, to ja (Piździelec). Nie poznajesz mnie?
Wszystko mi opadło. Dosłownie. W mig. Zbierałam z ulicy zęby, cycki i pomidory. Tak mnie zaczarował basem, że jeszcze tego samego wieczora szlajałam się z nim po mieście. Fajnie było, ale krótko. I nawet się nie broniłam, jak się dobierał. Bo a) całował bosko, b) pachniał nieziemsko, c) nie wyglądał na idiotę i nie widziałam jego matki.
Czyli zbierając do kupy punkt a,b i c - kombinacja zabójcza. Potem od czasu do czasu, jak tylko ja miałam wolne i on miał wolne, tośmy się spotykali. W wiadomym celu. Ćwiczenia oddechowe w łóżku.

Cztery lata tak minęły, ale na grubszą sprawę mi się nie zapowiadało. Bo on w punkcie a, ja w punkcie b i przecież każdy swoje życie ma. Robił tam jakieś podchody, ale skutecznie jego zapał ostudzałam. To nie to. Nie ma fajerwerków, ani motylków. I ta jego wszędobylska matka. Kurwisko nie z tej ziemi.
Do czasu, aż pewnego pięknego dnia zakomunikował mi z kwiatami, że się przeprowadza z punktu a do punktu b, czyli do mnie. No ok. Przeprowadzaj się. Nim się ocknęłam, że ja to ja, już miałam na palcu pierścionek zaręczynowy (wybrany przez mamusię) i wyznaczoną (przez mamusię) datę ślubu. I o co kaman? Jak ja do tego dopuściłam? JA! Nie jakaś tam Lucy, tylko ja, Debbie Harry! Naprawdę, kiedy pomyślę sobie o tamtych czasach, widzę ciemnię. Jakbym była na oddziale zamkniętym.

Z czasem im bliżej ślubu było, tym bardziej mnie jego matka wkurwiała. To jej pierdolenie, że taki dobry synek, taki porządny, że będę musiała o niego dbać, że mi go oddaje, że już chce wnuki, najlepiej chłopca. Imię po dziadku piździelca, który zasłużył się dla ojczyzny, ale jak będzie dziewczynka to też dobrze, to imię po prapraprapraprababce jakiejś. Nosz kurwa. I takie pieśni co obiadek, co spotkanko. Piździelec też sobie leciał w pręta, bo ileż można mówić o matce, jakby była Matką Boską. Mamusia kupiła Ci suknię, mamusia wybrała tort, mamusia poleciała na księżyc po prezent ślubny. Koszmar. Ale chuj. Teściowa od tego jest, żeby życie zatruwać wszystkim wkoło. Ale mnie nikt nie zatruje. Nigdy w życiu.

Próbowałam go oswobodzić z kajdan, tak jak Lucy z ogóra, ale nie dało rady. Próbowałam wszystkiego – szczerej rozmowy, twardego ultimatum, miłości francuskiej i porwania. I nic. Ogórek, który uwiera w dupie to twór łatwy do zniszczenia. Kilka drinów i po sprawie. A teściową trzeba jebać latami, żeby odpuściła na zero i jeszcze nie masz gwarancji, że po tych kilku latach od wygranej walki suka znowu nie zacznie batalii. Mówię Wam, ile było z tego kłótni, że jak ja mogę tak mówić o mamusi. Ja niewdzięczna, głupia dziewucha. Widziałam swoją przyszłość – gary, prasowanie, rodzenie dzieci i doglądanie męża. Powiedziałam sobie dość i wiedziałam, co zrobić.

Tera najlepsze. Dzień ceremonii. Ludzi w chuj. Gości miałam trzystu, ale nie zapraszałam osobiście. Mamusia zaprosiła. Już wszystko miałam przemyślane. Tysiąc razy. Tak się nie da. Chłop to musi być chłop, a nie gąbka. Jak się nie postawił, to znaczy, że mu pasuje. A ja nie zamierzam się dzielić. I to jeszcze z matką...

Zamiast tak, powiedziałam nie. Proste. Sorry Gregory, z uśmiechem na twarzy. To nie moja bajka i nie jesteś moim królewiczem. Kamień spadł mi z serca. Moja matka też się ucieszyła, bo widziała, co się tworzy. Jebać wstyd, jebać forsę wydaną na wesele, gości i prezenty, jak się potem szczęśliwą ma nie być. Prawda?

Tylko jedno mnie męczy po dziś dzień. Gdzie ja miałam rozum przez te 4 lata? Co się ze mną działo? Kosmici mnie porwali? Zocha uznała, że jego matka mnie czymś szprycowała na obiadkach i dlatego nie pamiętam.

Brak komentarzy: