Zawaliłam się z moją arcyradosną działanością pamiętnikarską. Sorry bardzo siostry. No ale tak jest. Dom, potem buda, po budzie w 10 minut ogarniam chatę (czyli wcale nie ogarniam), potem na odpierdol się sprawdzam dwa wypracowania - bo muszę, a potem dla podtrzymania życia towarzyskiego dzwonię po członkiniach brygady RR, zdobywając świeższe wiadomości - żeby nie być ta zacofana.
Resztę czasu spędzam z moim psycho-księciem. I tak sobie dyndamy po różnych kawiarenkach, restauracjach i klubikach, a potem albo do mnie albo do niego. Ten pierwszy raz - mam na myśli zwiedzanie jego kwatery - mam już za sobą. Dobrze było. Żadnych obrazków, świętych medalików i amuletów na widoku po żonie. Ciuchów w szafie po niej też nie ma. Nareszcie dowiedziałam się z jakiego powodu jej się zmarło. Otóż miała nieplanowany wypadek. Tir w nią wjechał. Kaput na miejscu. Nie było czego zbierać. Mery wiedziała to z pierwszej ręki, bo jej jakaś tam znajoma była bliską znajomą tej żonki.
Widziałam, że Janeczkowi ulżyło, kiedy powiedziałam, że auta nie mam i nie zamierzam mieć, bo to zbędny wydatek... A poza tym ja jeździć nie potrafię, bo moje oczy są wszędzie, tylko nie na drodze.
Trochę spóźnione to info, ale byłam na studniówce. Nie mojej, rzecz jasna. Co prawda może nie jestem najlepszą nauczycielką… Ok, jestem raczej z tych, co uczyć nie powinny, ale słowo się rzekło i robić w budzie trzeba. Uczniowie ładnie zaprosili, to nie miałam serca odmówić. Przy zaprosinach walnęłam joke, że oczywiście zaszczycę swoją obecnością wspomnianą uroczystość wraz z osobą towarzyszącą (której wtedy jeszcze nie miałam, ale to nieważne…).
Tak się trochę wzbraniałam, ażeby zapytać, czy Jan się ze mną wybierze. Tak, dobrze czytacie - ja się wzbraniałam. No ale w końcu krótko się znamy i ja sama też nie mam prognoz, czy z tego coś będzie.
Nie odmówił. Mówię, Wam jak on wygląda w garniturze. To powinien być widok zakazany. Aż mi cieknie między nogami. A jak sobie pomyśle, że jakieś babki w depresjach przychodzą do niego i mu tam szlochają, a on je pociesza i tak dalej, to aż mi nóż w ręce wpada.
Nie wytrzymam tak długo. Pierdol pierdol o zaufaniu i etyce, a ja się zdrzemnę. Znam baby, w końcu jestem jedną z nich i wiem, że taki samiec jak on, znajduję się w pierwszej trójce do gibania i planowania przyszłości.
Do rzeczy. Nie jestem wychowawcą, więc nie musiałam się odstawiać na dumną panią paw. Trochę z rock’n'rollem, trochę z klasą, ale nie z ogórkiem w dupie. No to wzięłam sobie czarną tunikę, podkolanówki i botki. Dla mnie bomba, bo nic mi nie zwisa, nie krępuje. Luśka też potrafiła się ciekawie ubrać z klasą, zgodnie ze swoimi zasadami. A reszta… Jezuuuu. Kurwa mać. Dwumetrowe treny, rozpierdaki jeszcze większe niż u Angeliny Jolie, suknie balowe od Chińczyków, gorsety z pomponami, cekiny, pióra w dupie. Normalnie karnawał w Rio. Anetka od maty wsadziła sobie nawet coś w cycki. Miała o 2 rozmiary większe. Tylko kiedy tańczyła, to jeden jej się przesunął na brzuch i wyglądała jakby była w ciąży.
Punktem wieczoru okazała się Agniesia, co to miała ten słynny dwumetrowy tren. Środek imprezy. Wszyscy na parkiecie. Z głośników jakieś gangany czy cóś i dancing. No i ja też sobie dancinguje z moim lubym i obok ta Agniesia jakieś walce odstawia ze swoim Johnnym Bravo.
Mister Dj zapuścił coś szybszego i tak jakoś mi się miękko zrobiło pod botkami, ale już lekko nabzdryngolona puściłam to w niepamięć, bo bardzo dobrze bawiło mi się z Janeczkiem i chuj mnie obchodził, co mam pod nogami.
Dancing, dancing i mała przerwa. Światło się zapala i wszyscy gapią się na mnie. Ja z miną – tak kurwa, wiem, że mam zajebistego faceta, wiem, że dobrze wywijam i wiem, że niezła ze mnie laska, uśmiecham się od ucha do ucha i w oczy od razu rzuciła mi się Agniesia. Zmieniła suknię na jakieś mini, też turkus i nawet lepiej wygląda niż w tamtym przydługim prześcieradle.
Kochanie, dałaś czadu, spójrz pod nogi… Łeb na dół i widzę kurwa wielką płachtę turkusowego materiału.
Dziewczyny, nie kupujcie od Chińczyków sukni z trenami. Bo one odpadają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz